dodano: 2011-07-29 16:42:18
Mało który miłośnik motoryzacji mógłby z czystym sumieniem stwierdzić, że „jego Ferrari nie grzeje”. Nie da się ukryć, że samochody włoskiej firmy od samego początku wzbudzają ogromne emocje, rozgrzewając tłumy do – nomen omen – czerwoności. Tymczasem okazuje się, że Ferrari do czerwoności rozgrzewa nie tylko przypadkowych widzów, ale także właścicieli i – co bodaj najgorsze – samo siebie. Mowa konkretnie o modelu 458 Italia, najnowszym w stajni legendy z Maranello. W czym konkretnie rzecz? Świat obiegła niedawno informacja, iż spośród kilkudziesięciu sprzedanych egzemplarzy, co najmniej dwudziestu „nie ma już z nami”. Połowa uległa mniej bądź bardziej spektakularnym wypadkom, druga zaś – samozapłonowi.
Spośród wszystkich problemów nękających dzisiejszą motoryzację, samozapalające się Ferrari wydają się być kwestią wręcz kuriozalną, zakrawającą o kiepski żart (porównywalny do „niedającej się zatrzymać” Toyoty Prius), tym niemniej właścicielom bynajmniej nie jest do śmiechu. Co najmniej dziesięć przypadków samozapłonu doprawdy trudno uznać za przypadek. I nie byłoby w tym nic dziwnego – wszak i najlepszym zdarzają się wpadki – gdyby nie fakt, że producent zdaje się nie zauważać, a przynajmniej bagatelizować problem. Wbrew temu, czego można by oczekiwać, nie ogłoszono wielkiej akcji pt. „458 Italia wraca do salonów, by studzić emocje (i silniki)”. Co więcej, mimo rosnącej liczby przypadków samozapłonu, dla Ferrari problem cały czas nie istnieje. Czy tak traktują swoich klientów najbardziej renomowane światowe firmy?