dodano: 2011-07-29 16:40:03
Mówi się czasem, że dawne samochody były lepsze z tego względu, iż byle kowal był w stanie naprawić ich nawet najpoważniejsze usterki i awarie. Dzisiaj, kiedy pojazdy od kół po koniec anteny naszpikowane są elektroniką, napraw zaleca się dokonywać jedynie w autoryzowanych serwisach. Niestety jednak, często już samo otwarcie maski przez „autoryzowanego mechanika” kosztuje kilkaset złotych. A z każdym rokiem eksploatacji wzrasta przecież awaryjność samochodu. Do najmniej przyjemnych awarii należą wszystkie związane z elektryką. Choć nie do końca łączące styki czy kable, które stosunkowo łatwo poprawić, to w dużej mierze „pestka”, już zalanie instalacji elektrycznej może bardzo kosztownie uderzyć nas po kieszeni. Abstrahując od tak ekstremalnych przypadków jak powódź, byle szybszy przejazd przez głębszą kałużę, których po deszczu nie brakuje (studzienki kanalizacyjne już chyba w momencie zakładania były zapchane), grozi poważnymi konsekwencjami. I o ile kilka kropel wody nie zaszkodziło jeszcze żadnemu silnikowi, o tyle większa „fala” może doszczętnie wymyć prąd z instalacji. Jak się przed tym bronić? Przede wszystkim należy zapobiegać – widząc głębszą kałużę, nie udawać motorówki. Wystarczy zwolnić i z prędkością kilkunastu km/h przedostać się „na drugi brzeg”. Stracone piętnaście sekund może wtedy zaowocować zyskanymi kilkoma dniami, które – w przeciwnym wypadku – samochód spędzić musiałby w serwisie. Autoryzowanym, oczywiście.