dodano: 2011-07-29 16:41:10
Często zdarza się, że zmuszeni jesteśmy jechać pustą prostą drogą, zazwyczaj w sąsiedztwie niewielkich miejscowości wschodu Polski. Gdy kilometry upływają spokojnie, jeden za drugim, nagle rozbrzmiewa dźwięk, który co do joty przypomina nadlatującego Messerschmitta. Obawy przed niemieckim nalotem rosną, kiedy w lusterku wstecznym ukazuje się para złowieszczych reflektorów, mocą swą zdolnych rozświetlić Stadion Śląski. Kiedy pędząca zawrotne 120 km/h bestia zostawia nas daleko w tyle, można pomału uspokoić kołaczące serce. To był tylko Polonez. Z podziurawionym tłumikiem. Legenda polskiej motoryzacji ma to do siebie, że po prostu „lubi” dziurawić się od spodu.
W przypadku osławionych Polonezów tłumiki pozostają przysłowiową piętą achillesową. Niestety też awarii tej nie sposób zapobiegać. Oczywiste jest, że możemy starać się unikać wszelakich uszkodzeń mechanicznych (co na polskich drogach bynajmniej nie jest łatwe), niestety jednak tylko niejeżdżenie gwarantuje stuprocentową pewność. Na szczęście jednak naprawy nie są kosztowne, pod warunkiem wszakże, że zostaną dokonane zawczasu. Warto słysząc już pierwsze głośniejsze pomruki tłumika udać się do mechanika – pamiętać należy, że z czasem – a więc i z kolejnymi przejechanymi kilometrami – wszystkie nieszczelności stopniowo się powiększają, zaś spawanie pojedynczej dziury, nie dość, że nie wymaga specjalisty, jest zawsze o wiele tańsze niż wymiana całej rury. Koniec końców, tłumiki to przecież czułe punkty wszystkich samochodów, nie tylko powszechnie wykpiwanej krajowej produkcji.