dodano: 2011-07-29 16:46:29
Swego czasu dużą popularność w Internecie zyskał blog szczęśliwego (do czasu) posiadacza (także do czasu) Volkswagena Passata. Ów szczęśliwiec (jakżeby inaczej – do czasu) samochodem swym cieszył się przez cały okres trwania gwarancji, w której to trakcie auto ani razu nie odmówiło posłuszeństwa, nie zająknęło się przy odpalaniu ani nie pochłonęło mililitra oleju więcej niż trzeba. Wystarczył jednak tydzień po upływie gwarancji, by zaczęły dziać się rzeczy co najmniej zaskakujące. Po przejechaniu określonej (gwarancją) liczby kilometrów, niespodziewanego uszczerbku doznały poszczególne mechaniczne elementy Passata.
Dotąd bezawaryjny Volkswagen zafundował swojemu właścicielowi istną gehennę, krucjatę od jednego serwisu do drugiego. Począwszy od autoryzowanych punktów, a skończywszy na kowalstwie artystycznym w Węgorzewie. Bezczelność producentów samochodów jest wprost niewyobrażalna – trwałość poszczególnych elementów obliczona została tak, by skończyć się równo z gwarancją. Niemożliwe? A jednak, czego dowodzą kolejne przykłady. Po upływie gwarancji pojazd momentalnie ujawnia wszystkie swoje wady. Nie mógł wcześniej, kiedy za naprawę zmuszony byłby zapłacić producent? To pytanie – by nie urągać inteligencji czytelnika – lepiej chyba pozostawić bez odpowiedzi. Niestety jednak nawet bolesne fakty pozostają faktami, zaś koniec gwarancji bardzo często równa się końcowi trwałości samochodu.