dodano: 2011-07-29 16:25:39
Handel samochodami używanymi kwitnie jak nigdy dotąd, natężenie ruchu rośnie w niewyobrażalnym tempie. Nie dziwi zatem fakt, że coraz więcej osób zwietrzyło szansę dodatkowego zarobku – 90 procent komisów oferuje samochody sprowadzane z zagranicy, ściągnięte przecież przez doświadczonego mechanika, człowieka znającego się na rzeczy, itp.. Co jednak z tego, kiedy równie powszechne stało się zjawisko „przekręcania liczników”. Za pierwszym razem właściciel pojazdu – Belg, Holender, Niemiec czy ktokolwiek jeszcze – odejmuje 100 tysięcy, po czym z 300 zostaje już tylko 200. Drugie przekręcenie następuje już w Polsce, w komisie. Z 200 tysięcy zostaje zaledwie 100, niesamowita kuracja odmładzająca zdaje się działać cuda. Bo to przecież okazja – 15-letni samochód z niewielkim przebiegiem, oczywiście zadbany. Problem jednak w tym, że pierwszym i podstawowym wyznacznikiem obecnej kondycji samochodu jest jego przebieg. Nie trzeba chyba dodawać, że oryginalny. Co jednak z tego, kiedy wskazania licznika i faktyczny przebieg dzieli przepaść? By uniknąć przykrych niespodzianek, przede wszystkim nie wolno bezgranicznie wierzyć samochodowemu licznikowi ani zapewnieniom sprzedawcy. W związku z tym korzystnie jest przed zakupem udać się do stacji diagnostycznej na gruntowną kontrolę stanu technicznego pojazdu. Można sprzedawcy zaproponować układ: jeżeli stan samochodu zgadza się z zapowiadanym, wtedy kupujący ponosi koszt sprawdzenia. Jeśli nie – płaci sprzedający. Uczciwy sprzedawca nie powinien mieć nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.